Złowieści

Posted: 06/07/2012 in Frerard

Jako, że wyjeżdżam na obóz harcerski (mmm, funny) to przez cały lipiec żadna notka się nie pojawi. Co najwyżej jakieś dziwne komentarze.

Reklamy

Finally.
Nie napisałam ani słowa, ale zapas, który miałam chyba wystarczy na rozdział.
Aha, i liczę na to, że w komentarzach odpowiecie na pytanie zawarte w końcowej części tekstu :3 

 

Zanim przejdę do sedna sprawy, pokażę wam jedno moje wspomnienie z dzieciństwa.Miałem wtedy może trzy – cztery lata i sam sobie dziwię się, że pamiętam cokolwiek z tamtego okresu.
W każdym razie : byłem kiedyś z opiekunką w sklepie. Po długich namowach uległa błaganiom i zabrała mnie ze sobą poza mury mojego domu, których w tamtym czasie panicznie się bałem. Nocą szczególnie. Tam nigdy nie gaszono światła w korytarzach. Z jakiegoś powodu, blask lapm, zamiast mnie uspokajać w drodze do łazienki, sprawiał, że biegłem jeszcze szybciej.
Ale nie odbiegając – chodząc po tym sklepie w oczy rzucił mi się genialnie zrobiony kostium Indianina. Stałem na środku sklepu i się na niego gapiłem. Opiekunka musiała mnie wziąć na ręce i wynieść z tego sklepu. Nawet się jej nie wyrywałem, tylko wyobrażałem sobie ten kostium. Przez całą powrotną drogę do domu męczyłem ją pytaniami, czy dostanę ten kostium na gwiazdkę. Oczywiście odpowiadała : „Tak, oczywiście, rodzice na pewno ci go kupią”. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że mówiła to tylko po to, żeby wreszcie głupi bachor zamknął buzię i nie zakłócał szumienia silnika w samochodzie. Ja jej uwierzyłem i siedziałem szczęśliwy w foteliku. Kiedy tylko przybyliśmy na miejsce, pobiegłem do swojego pokoju, wygrzebałem z szuflady biurka kredki i pisaki, aby zacząć nieporadnie rysować ten kostium. Naprawdę mocno pokochałem strój w tamtym sklepie. Aż się dziwię, to była prawie że histeria.
Nadeszły święta, których długo wyczekiwałem ze względu na obiecany prezent. Moją nadzieję podsycały zapewnienia opiekunki, że strój na pewno będzie czekał na mnie w pokoju tego dnia.
Jak możecie się pewnie domyślać, nie dostałem go. W ogóle nic nie dostałem. Kiedy zorientowałem się, że zostałem oszukany, nie denerwowałem się, ani nic w tym stylu. Podszedłem do łóżka, powolutku usiadłem na nim i siedziałem. Siedziałem tak kilka godzin, mając całkowicie pusty umysł. Albo raczej wypełniony jednym wielkim wyrzutem.
Dnia następnego oznajmiłem opiekunce, że jest głupia, a kiedy ona zaczęła śmiać się z mojej naiwności, ugryzłem ją w rękę. Więcej do nas nie przyszła. Później nawet zastanawiałem się, czemu. Dostawała dużo kasy, a te ugryzienia nie mogły być bardzo dotkliwe…
A wiecie, jaki związek mają te wspominki z faktem, że stoję w otwartych drzwiach mojego pokoju w szpitalu psychiatrycznym imienia świętego Walentego w Newark? Taki, że teraz czuję się dokładnie tak samo.Na środku pokoju, odwrócony tyłem do drzwi, stał jakiś mężczyzna ubrany w biały fartuch. Znielubiłem go od razu, ponieważ nie dość, że nie był tym, kogo oczekiwałem, to jeszcze świecił mi łysiną po oczach.
Człowieku, puchu marny, wyjdź.
-Przepraszam, ale co pan tutaj robi? – starałem się, aby głos nie zabrzmiał zbyt warcząco.
Postać odwróciła się do mnie i zdębiałem. Przecież to był ten gościu z gablotki!!! Łysy pirat, jak on się nazywał ?!
Przypatrywał mi się przez chwilę, jakby z triumfem.
-Witaj Gerardzie. Cieszę się, że wreszcie się spotykamy. – a ja jakoś nie za bardzo. Idź pan stąd. Kontynuował – jestem przewodniczącym stowarzyszenia współpracującego z szpitalem, w którym aktualnie przebywasz. Szukamy wśród osób dotkniętych zaburzeniami osób o specyficznych, genetycznych predyspozycjach, których bardzo potrzebujemy do rozwoju naszej organizacji. Wykonywane przez ciebie na zajęciach testy wykazały, że ty takie predyspozycje posiadasz. – jakie, cholera, testy? Chyba nie mówił o tych pseudo-naukowych analizachj czy wypełnianiu ‚testów’ IQ, które przeczuwam, że można było sobie co najwyżej w dupę wsadzić?
– Przepraszam bardzo, ale nie jestem zainteresowany. A teraz prosiłbym, aby opuścił pan mój pokój. – nie ufam jego mordzie ani faktowi, że był tu pacjentem. – Co to w ogóle znaczy : „genetyczne predyspozycje”, co? Jestem wam potrzebny jako królik doświadczalny, tak? Może to wy dostarczacie tutaj wszystkie te dziwne leki i trujecie nimi każdego po kolei? Nie zamierzam z panem dłużej rozmawiać.
Facet chyba nie spodziewał się takiego obrotu sprawy, bo zrobił dziwną minę. Wyglądał, jakby nie znalazł schematu pasującego do odpowiedzi, jaką mu podałem. Zaraz jednak przywołał swój głupi uśmiech na twarz.
-Nie powinieneś podchodzić do tego tak agresywnie. Potrzeba nam młodych ludzi do zespołu, którzy pomogli by nam efektownie się rozwijać. Przez predyspozycje genetyczne rozumiemy dla przykładu, brak alleli recesywnych genów powodujących różnorakie choroby. Powiem ci, że twój zestaw genów jest szczególnie dobry, jednak nie będę ci tego tłumaczyć, ponieważ nic byś z tego nie zrozumiał. Poza tym, czy nie chciałbyś się wyrwać poza mury tego szpitala? Nie męczy cię aby nadmierna kontrola ze strony personelu? Słyszałem, że nie jesteś w najlepszej komitywie z pielęgniarkami. Jeżeli zgodziłbyś się na współpracę z naszą firmą, kontynuowałbyś naukę pod naszym kierunkiem w otoczeniu młodych, podobnych tobie ludzi. Żadnych przymusowych zastrzyków, żadnych przymusowych tabletek. – zakończył swoją długą przemowę. Wolnym krokiem ruszył do drzwi. – Odwiedzę cię za trzy dni, Gerardzie, chciałbym wtedy poznać twoją odpowiedź. I nie radzę ci odmawiać. – Otworzył drzwi i wyszedł. Ja stałem sobie troszkę osłupiały. Czy pan łysa glaca mi pod koniec groził? I o czym on w ogóle mówił? Nie zamierzam bratać się z czymkolwiek, co współpracuje z tym szpitalem. A teraz ruszam do łazienki. I spędzę tam cholernie dużo czasu, bo czuję, że nie pachnę konwaliami.

Kiedy się umyłem, była już pora obiadu, co będzie idealną okazją, żeby dorwać Werkę. Sstojąc pod prysznicem uznałem, że skoro Frank nie może przyjść do mnie, to ja przyjdę do Franka! Ot co, zamierzam dostać się do tuneli i go poszukać na Sektorze numer 4, a jeśli tam go nie znajdę, to nawet i pięć. Gdzieś tam w zakamarkach mózgu świtała mi myśl, że może to trochę porywanie się z motyką na słońce, bo nie jestem pewnym czy dam radę przejść tumelami tak duży dystans, ale…nie zaszkodzi spróbować. Mam trzy dni. Potem odwiedziny łysola, a potem nie wiem.

Już dobre kilkadziesiąt metrów przed wejściem do stołówki uderzył mnie w nos zapach wanilii. Wszędzie waliło dosłownie słodką wanilią. Nie był to bardzo zły zapach, więc przyspieszyłem kroku. Kiedy człowieka potrzymają tak kilka dni na kroplócwe, to głodny się robi.
Dziś kuchary zaserwowały nam naleśniki. Naleśniki!Nałożyłem sobie podwójną porcję i ruszyłęm do naszego stolika.
-GERARDZIK!!!NARESZCIE!!! – do końca życia będzie mnie prześladował ten głos. Masłosław wrócił.
Przypomniałem sobie, że to właśnie jego widziałem chwilę przed tym, jak straciłęm przytomność. Jego włosy raziły po oczach jaskrawym różem z fioletowymi pasmami gdzieniegdzie. Ubranie było podobne do tego, które miał, kiedy pierwszy raz go zobaczyłem – jednym słowem – dziwne. Przypomniałem sobie, że muszę mu oddać te jego śmieszne japońskie przedmiociki, które zabraliśmy z magazynu.
-Witaj Masłosławie… – powiedziałem, siadając.
– Ej, cóż tak znowu oficjalnie, możesz mi mówić zdrobniale. – ‚chłopak’ zamrugał rzęsami, gwałtownie gestykulując. – Stęskniliśmy się wszyscy za Tobą, wiesz? Bo Franka nie ma… – nie musisz mi przypominać, cudaku – Alexa też nie ma i tak mało nas było…
-Alexa dalej nie ma?
-Mhm, jak widać. Po bitwie na stołówce już nie wrócił, tak jak Fr…
-Widziałem, jak zabierali Franka. – przerwałem mu. – i pewnie wsadzili gdzieś na sektor niżej. Werka? – dziewczyna na pewno nie miała już depresji, bo z szaleńczym uśmiechem wpatrywała się w sufit, niemo poruszając ustami. – Jak tunelami przejść na sektor czwarty?
Dziewczyna powoli wróciła do ‚naszego’ świata, strzelając kośćmi karku.
Przerażające.
-Tęskno ci już za Franiem, hm? – kobieto, mogłąś tego nie mówić. Teraz ten idiota z włosami upapranymi różem będzie się tym jarał.
-Tak, dosyć mocno. A więc? – ignorowałem Margarynę podstakującego na krześle i jego durnowate teksty.
-Łiiii, kochany, czy to już miłość?!? – zamachał sobie rękami przed twarzą, wyszczerzając się.
-Jedz naleśniki, Masłosław.
-Czyli TAK, łihhiii!!! – wtedy wstał i podskakując radośnie, wybiegł ze stołówki.
Dzieciaki, pamiętajcie – oglądanie pokemonów w dzieciństwie odbije się na waszej nastoletniej psychice.
-A więc, najpierw możesz zjechać windą na Sektor Trzeci, a tam wejść do łazienki i znaleźć w ostatniej kabinie fałszywą płytę. Jednak może być z tym problem, bo podobno została przyklejona przez personel. Czy nawet tamtą odnogę tunelu zabetonowano. Jeżeli tak będzie, musisz iść do łazienki koło stołówki i iść tym tunelem, którym już szliście razem z Frankiem do magazynu, tylko skręcić jakby w dół…
Chyba narysuję sobie mapę.
Jak powiedziałem, tak zrobiłem. Na ciszy poobiedniej przyszedłem do Weroniki do pokoju i wspólnymi siłami stworzyliśmy mapę obrazującą ukryte przejścia w całym szpitalu, a przynajmniej te, o których wiedziała dziewczyna. Kiedy podziękowałem jej i ruszyłem na kolanołomną wyprawę, w głowie pojawiła się dzika myśl.
Jak mówić zdrobniale do Masłosława?

Taka nuda dziś trochę. Chcecie szybko Franka z powrotem?

 Biało dość…
Czy mieliście kiedyś pod powiekami, zamkniętymi zaznaczam powiekami, czystą biel? Powinno się widzieć czerń, czystą czerń, prawda? Już z dwojga złego wolałbym ją widzieć, taką zapraszającą, aby się w nią wtulić, dającą poczucie bezpieczeństwa swoją nieprzenikalnością. Dopóki jest ciemno, choćby wokół ciebie czaiła się gromada straszydeł, możesz się ich nie bać, bo nie masz pojęcia o ich istnieniu. Nie widzisz powodów do strachu. Dlatego nie rozumiem lęku przed ciemnością. Może to idiotyczne z mojej strony, ale cóż. Szczerze powiedziawszy, po swoim starym domu wolałem poruszać się nocami. Było bezpiecznie. Nie wiedzieć czemu, u ludzi ukuło się przekonanie, że boimy się nieznanego. Powinno być odwrotnie – niewiedza i przebywanie w mroku dają bezpieczeństwo. Nie logiczniej było bać się tego, co znamy? Jeżeli wiesz, że wilk może odgryźć ci rękę, lękasz się tego. Jeżeli jednak podchodzisz do tego zwierzęcia jako do czegoś nowego, nie masz pojęcia o jego zachowaniach, mógłbyś wytarmosić go za uszy. Niezrozumienie natomiast…niezrozumienie bierze się z czegoś innego i nie jest to niewiedza…albo może…
Chyba się pogubiłem.
Na przekór moim myślom zrobiło się jeszcze bielej. Nawet nie wiedziałem, że tak jasny odcień istnieje. Biel. Jest. Brzydka. Jest jej tak cholernie…dużo. Biel pogrubia. Białe są robaki. Nie lubię robaków.
Robaki są bleee. I nie zmienia tego fakt, że mają dużo białka.

Pomyślmy…straciłem chyba przytomność. Chyba napewno, bo nie miałem innego wyjaśnienia na mój aktualny stan.W stołówce wieczorem to się stało. Nie wiem, ile minęło czasu, ale jeżeli nawet tylko kilka godzin, to powinienem być choć trochę głodny. Może nieprzytomni nie odczuwają głodu? Skąd mam wiedzieć, nigdy nie byłem nieprzytomny.
Wiedziałem, zawsze wiedziałem, że ćwiczenia w byciu nieprzytomnym były ważne.Widzicie, zjebałem sobie życie, bo nie byłem nigdy wcześniej nieprzytomny i teraz nie wiem, co robić! Zamiast chodzić do szkoły, trzeba było ćwiczyć w wannie nieprzytomność.
Ale…prowadząc ze sobą, idiotyczny nawiasem mówiąc, monolog, mam coś na kształt świadomości, więc… nie mogę być nieprzytomny! Z drugiej strony, nie mam kontaktu z moim ciałem, nie odbieram żadnych bodźców z zewnątrz. To się kwalifikuje do braku świadomości, prawda?
Cholera, żałosny człowieku, ty nawet przytomności nie umiesz porządnie stracić.
Rzucam na siebie pogardę.
Stan tej względnej nieświadomości nie był do końca taki zły. Poza wszechobecną bielą było tu całkiem do zniesienia. Cisza. Brak ludzi, do którego się przyzwyczaiłem.
…po namyśle, to jednak nie był do końca atut. Od kiedy okazało się, że nie wszyscy ludzie pałają nienawiścią dla zasady, niektórych polubiłem.
Brakuje mi mojej paczuszki stołówkowej.
Mojej. Słowo to określa własność. W moim przypadku – przynależność. Fajnie było tak gdzieś należeć. Bycie jednoosobową subkulturą też oczywiście miało swoje uroki, jednak lepiej się czułem w tamtej grupie.
Zacząłem nawet cieszyć się dziwnym stanem dryfowania na granicy światów, gdy nagle stabilność nieświadomości została zachwiana. Biel rozbłysła krwawą czerwienią, by po chwili zalać się czernią pochodzącą niewiadomo skąd. Poczułem, że osuwam się gdzieś, najpierw powoli, by po chwili z całą mocą spadać w ciemną nicość, której przed chwilą tak bardzo pragnąłem. Pęd wypchnął mi powietrze z płuc, a ja miałem tylko nadzieję, że tam na dole przygotowali odpowiednią ilość puchowych materacy, na które mógłbym spaść. Wiem, że to nierealne, bo nie spadam naprawdę, ale perspektywa zostania krwawą jajecznicą nie za bardzo mnie pociągała.

Szarpnęło mną mocno, wyginając kręgosłup do granic możliwości. Jęknąłęm, kiedy plecy przeszyła ostra błyskawica bólu. Nadtłok wrażeń zmysłowych oślepił mnie na chwilę : paląca biel pomieszczenia, w którym się nagle znalazłem, szorstka faktura poduszek, ból wygiętych zbytnio nadgarstków, szum urządzeń wokół mnie, dziki pisk rozsadzający czaszkę i sterylny smród.
Witamy w domu, Gerardzie.
Pisk nasilał się. Nie był jednak wytworem mojej wyobraźni, tylko emitował go jeden ze sprzętów w sali. Był wielkości standardowej szafki nocnej, a większą jego część zajmował ekran wyświetlający wykres. Sinusoidalna linia przesuwająca się po nim gwałtownie wznosiła się i opadała, wychodząc poza skalę.
Zszokowany skojarzyłem częstotliwość pisku z nienaturalnie szybko bijącym moim sercem – prawie nie dało się rozróżnić pojedynczych uderzeń, mięsień kurczył się niesamowicie szybko. Dlatego też nie mogłem swobodnie nabrać powietrza do płuc, miałem wrażenie, że zgniata mi je piekielnie wielkie imadło.
Chciałem odgarnąć sobie włosy z twarzy, jednak dopiero po chwili zrozumiałem, że nie mogę tego zrobić, bo mam skrępowane nadgarstki.Były przywiązane skórzanymi pasami do prętów ramy łóżka. Nawiasem mówiąc, wychodziły z nich jakieś rurki. Nie wiem do których maszyn dochodziły, nie dbałem o to, gdyż zaczynałęm się dusić, a ten pisk diabelny rozwali mi gałki oczne zaraz!
– Niech ktoś to wyłączy!!! – wydarłem się na cały głos, zużywając cały zapas powietrza w bolących płucach. Ała ała ała!
Nie zdołałem utrzymać się w pionie, opadłem na łóżko, wzbijając w powietrze chmurę szpitalnego zapachu. Mimo to plecy miałem sztywne jak deskę, serce dosłownie wibrowało, a oddechy było coraz płytsze, niedostarczające tlenu do płuc.Szyja pozostała wygięta w tył, więc w bliskiej odległości podziwiałem poduszki.
To dosyć niezdrowe, prawda?
Niespodziewanie moje prawe ramię zostało zgniecione w silnym uścisku i jakby ostry i cienki szpikulec wbił mi się w prawą pierś. Gwałtownieotworzyłem zaciśnięte dotychczas powieki i powoli wyprostowałem sobie szyję. Przed oczami miałem postać młodej dziewczyny z chłodną determinacją na twarzy. Wyobrażenie szpikulca zgadzało się, bowiem rzeczywiście takowy wbijał mi się w mklatkę piersiową, prosto w serce. Była to strzykawka wypełniona niebieskawym płynem. Dziewczyna przycisnęła tłok palcem i wcisnęła ciecz w sam środek mięśnia sercowego, który w tamtym momencie…po prostu przestał bić.
Boleśnie szerokootwartymi oczami spoglądałem na twarz mojej…morderczyni czy wybawicielki? Spoglądała teraz na skorzany zegarek zdobiący jej nadgarstek, bezgłośnie odliczając sekundy.
Do mojej śmierci czy …
Jeden skurcz. Drugi. Po nim kolejny i kolejny. Powoli, ale jednak biło. Mogłem oddychać.
Czyli jednak wybawicielki.
Miała na sobie żółty fartuch personelu szpitala, więc była jedną z nich. Odłożyła strzykawkę na stolik obok łóżka i wytarła ręce w jednorazową chusteczkę. Nie poświęcając mi ani ociupineczki uwagi, podniosła się z łóżka i podeszła do każdego z tajemniczych urządzeń znajdujących się w sali. Sprawdzała wyświetlane przez nie parametry. W tamtej chwili stała do mnie odwrócona tyłęm, miałem więc okazję podziwiać jej ładne, długie włosy. Sięgały jej prawie że do bioder, niejscami lekko pofalowane, koloru ciemnej słomy.
Jak dziewczyny z tumblra.
Skończywszy z urządzeniami, podeszła do mnie.
Nie wiem, czy się z tego cieszyć czy nie. Żółtki, nawet te przyjaźniejsze i ładniejsze, mogłyby się trzymać z dala ode mnie.
Oto moja chwila prawdy. Kontakt nastąpi za dziesięć, dziewięć, osiem…
– Nie ruszaj się. – ehm, nie wbiłem się czasowo. Marzenia o zostaniu stoperem należy pogrzebać.
Dziewczyna stanowczym ruchem położyła mi rękę na czole. Byłem nadal trochę zszokowany gwałtownym obudzeniem, więc nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby protestować. Wyciągnęła z kieszeni fartucha malutką latarkę i poświeciłą mi w oczy. Nie wiem co w nich zobaczyła, ale to musiało być naprawdę zajebiste, bo aż zapisała to takim czarnym kajeciku, podobnym do tego, który miała głównodowodząca lekarek, znana też jako „czarnokłaka kurtyzana”.
Rzuciła mi krótkie, jakby rozczarowane i współczujące zarazem spojrzenie i zaczęła odpinać pasy z moich nadgarstków.
-Emm, ten… – zacząłem niepewnie, przełykając ślinę. A, gardło mam suche na wiór. – mogę coś do picia?
Bez słowa wyciągnęła z szafki butelkę wody. Miała dziwną etykietkę – właściwie była cała biała, z nadrukiem czarne uśmiechniętej minki i jakimś napisem. Chyba na początku było „B”, ale walić to, szybko odkorkowałem ją i przytknąłem do ust.
Kto nigdy nie był spragniony, ten nie pozna prawdziwego smaku wody. W mojej aktualnej rzeczywistości był to najlepszy smak świata.
Wychyliłem butelkę do mniej więcej połowy i odłożyłęm na szafkę. Kątem oka przeczytałem napis na etykiecye. „Better Live Induistries”. Co to, jakaś nowa firma? Sorry, nie jestem na bierząco.
Odchrząknąłem i zadałem zasadnicze pytanie :
– Co się tak w ogóle dzieje? Czemu straciłem przytomność? I co to za poranny zawał serca? – chyba zrobiłem dziwną minę pod koniec. Coś pomiędzy zbitym psem, a przerażonym niewolnikiem.
-Straciłeś przytomność dnia osiemnastego czerwca bierzącego roku w godzinach wieczornych, przed kolacją. Zdiagnozowano u ciebie alergię na jeden ze składników testowego leku psychotropowego, co spowodowało utratę świadomości. Stan śpiączki trwał przez cztery dni, dziś mamy 24 marca, godzina jedenasta trzydzieści rano. Mam ci zaaplikować leki na wzmocnienie i odesłać do twojego pokoju w Sektorze 2. – dziewczyno, zostań karabinem maszynowym. Ratatatata, jesteś chory, już nie jesteś, nafaszeruję cię <przeładowanie> idź do pokoju.Szybko, krótko i treściwie.
Wydała mi się przerażająco konkretna. Robot. Cyborg z ładnymi włosami.
Nagle pierwsze wrażenie zostało zniszczone, na jej twarz wpłynął bowiem delikatny uśmiech.
-Nawiasem mówiąc, pospiesz się, ktoś tam na ciebie czeka.
~~~~~~~
Szybko połknąłem otrzymane od pielęgniarki pigułki i już jak na skrzydłach chciałem jecieć do pokoju, jednak ona zatrzymała mnie na miejscu. Musiała mi zrobić jeszcze milion niepotrzebnych badań, takich jak ciśnienie krwi, waga, sprawność wzroku i tak dalej. Jak dla mnie, zupełnie niepotrzebne. Kręgosłup cały, można wypisać. Zwłaszcza, że w pokoju czeka na mnie Frank! No którzy by inny mógłby tak z utęsknieniem czekać na mnie w pokoju, jak nie on! Że aż lekarka musiała mi o tym wspomnieć! Musiał być naprawdę zdesperowany.
Pielęgniarka, nie lekarka, miała na imię Jolanta. Dziwnym trafem skojarzyło mi się to z imieniem jakiejś piracicy…w sensie, że piratki. Kobiety-pirata. Czy tam korsarki, jeden pies, czym ona była. W każdym razie, Jola miała dziwne nazwisko, które ciężko mi było wymówić, a co dopiero zapamiętać. Łaki…łowska? Łakowska? Coś brzmiącego w ten deseń.
Po zrobieniu badań prawie się jej wyrwałem, starając się nie biec…zbyt szybko przez korytarz.
Dreptałem w miejscu, czekając aż winda po mnie przyjedzie. Szybciej głupi sprzęcie. Najchętnie zszedłbym schodami, gdyby takowe istniały. Bezsensowny pomysł, nie budować schodów w szpitalu. Jak instalacja elektryczna wysiądzie, to co? Przez ściany będziemy sobie przechodzić?
Moje myśli wróciły do prezentu w moim pokoju. Znaczy się, do „kogoś, kto na mnie czeka”, ale myślę, że słowa „prezent” także mogłem użyć.
…Frank – prezent…owinięty wstążką…leżąc…
Przerywamy program ze względu na niestosowne treści.
Mniejsza o to. Oh, cóż ten chłopak musiał przeżywać beze mnie. Prawdziwe katusze. Nie miał mu kto ukazywać kunsztu wypowiadania się z sarkazmem przez całe osiem dni!
Głupi sprzęt w końcu przyjechał. Szybko wskoczyłem do środka, wduszając natychmias przycisk „-1”. Zachowywałem się jak nadpobudliwy, ale kto by się tym przejmował. Jestem w końcu w szpitalu dla czubów, mogę się troszeczkę do nich upodobnić, nie?
W windzie też dreptałem, chodząc w kółko po dwóch metrach kwadratowych przestrzeni. Był to zły pomysł, gdyż mój błędnik wypiął się na mnie i zachciało mi się coś zwrócić. Oparłem się o ścianę windy, przymknąłem oczy i wygiąłem usta w lekkim uśmiechu.
Frank…
Winda zatrzymała się z lekkim chrzęstem, a ja energicznie niczym Leonardo Di’caprio w „Incepcji” wyszedłem na korytarz Sektora 2. Ah, stare śmieci. Wariaci, prawie-wariaci, normalni udający wariatów, personel będący wariatami. Zaczynam żywić jakieś cieplejsze uczucia do tego miejsca.
Wybuch radości nastąpi za pięć, cztery, trzy, dwa, jeden…

Lol, witam.
Myślę, że zapomnieliście już, o czym traktował ostatni rozdział jak i całe opowiadanie, dlatego odsyłam do przeczytania końcówki poprzedniego, 12 rozdziału. Świeżo przepisany, funky-nówki, nieśmigany.

Ledwie wyszliśmy z pokoju i już wiedziałem, że spotkanie z personelem szpitala nie będzie należało do najprzyjemniejszych. Znaczy, nie żeby kiedykolwiek było przyjemne, ale teraz czułem pod skórą, że będzie wyjątkowo paskudne.
No nie pieprz Sherlocku.
Serce i tak mi już biło dość mocno, więc to się akurat nie zmieniło. Zły Frank rozpoczął misterny plan doprowadzenia mnie do zawału. A podobno mnie lubi.
Wracając do złych przeczuć, owe nasiliły się, gdy usłyszałem tupot trzewiczków dzikiego stada pielęgniarek. W tym samym momencie, w którym otworzyliśmy drzwi od naszego pokoju, pojawiły się na końcu korytarza.
Czyli zostało nam jeszcze trochę życia. Cieszmy się każdą z sekund, bo za chwilę nastąpi natarcie.

Frank nie wyglądał na zdziwionego, bardziej na poirytowanego. No cóż, nasz plan miał ten maknament, że przewidywał ofiary. Zamiast śledzić dziki bieg żółtej masy, odwrócił się do mnie i popatrzył z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Ni to uśmiech, ni to grymas. Podparł się pod boki, przekrzywiając głowę na bok.
Nie wiem o co chodzi.
-Co tak patrzysz? Brudny gdzieś jestem? – potarłem czoło. Faktycznie, było na nim trochę zaschniętej zupy pomidorowej. Ale zdaje się, że nie o to mu chodziło.
-Jesteś, ale ja muszę się nacieszyć widokiem twojej buźki. – odrzucił grzywkę na bok i kontynuował – widzisz, ten szpital jest skonstruowany tak, że jak zaczyna już się robić zabawnie, to wbiega ta żółta masa i już nie jest zabawnie. Zmierzam do tego, że nie zobaczymy się przez kilka dni, może tydzień, a tydzień w psychiatryku to jak pół roku za murami… – z każdym jego słowem miałem coraz większy wytrzeszcz.
-No nie patrz tak na mnie.
-Ale jak, w sensie, że niby co ty…- nie dane mi było dokończyć wywodu w stylu zatroskanej mamy czy też żony, bo Frank się na mnie rzucił. To u tego małolata stało się chyba nawykiem. Zamknął mnie w krótkim, lecz mocnym uścisku, a potem wepchnął do pokoju, zatrzaskując drzwi. Zdążyłem zarejestrować tylko szczęk klucza w zamku. Zaraz potem niewielki przedmiot został wsunięty przez szczelinę pod drzwiami. W ciemności wymacałem go rękoma i zbliżyłem się do drzwi.
Tupot butów kobiet przybierał na sile z każdą sekundą, a ja kucałem pod drzwiami ściskając ten klucz w dłoni. Tak bardzo chciałem go użyć, żeby wylecieć na korytarz i bohatersko wyrwać Iero z łąp krwiożerczych żółtków. Byłaby to najbardziej epicka walka wszechczasów, przebijająca swoim ogromem Grunwald, Kircholm i Cud nad Wisłą razem wzięte. Ja, rycerz Way, pokonałbym tabun pielęgniarek za pomocą mojej mrocznej aury. Po chwili korytarz przedstawiałby ponure pobojowisko usłane trupami przegranych. Jedynym radosnym detalem byłby zemdlony ze szczęścia Frank w moich ramionach, zbliżający swe usta do moich…

Muszę pamiętać, żeby poprosić o zmniejszenie dawki leków wywołujących urojenia.

Niby nie miałem się czego bać, ale gdy stado przybiegło, odsunąłem się trochę od drzwi, aby nie zasłaniać smugi światła wpadającego przez szczelinę. Nie byłoby dobrze, gdybym pojawił się na zewnątrz – teraz mógłbym zostać wtrącony do jakiegoś karceru ” skoro się już napatoczyłem”. Tchórzliwie tylko słuchałem rodzącej się dyskusji pomiędzy Frankiem, a nimi.
-Franklin Anthony Iero, coś ty narobiłna stołówce, co? – czarnokłaka kurtyzano, odejdź.
Jej lekko podszyty złośliwością ton wywołuje w człowieku alergiczne reakcje. Wwierca się w mózg, powodując grymas na twarzy i chęć zwymiotowania poprzedniego posiłku.
Z chęcią zobaczyłbym ją w roli głównej w jakimś horrorze…gdzie zostałaby wymyślnie złożona w ofierze przez bandę fanatyków – okultystów, której przewodziłbym ja. Frank dostąpiłby zaszczytu rozpoczęcia rytuału.
-Trochę ożywiłem szarą rzeczywistość. – wtedy zacząłem go bezgłośnie prosić, żeby się pohamował, dał sobie spokój, ten jeden raz udawał zwykłęgo i przymulonego, żeby nic mu nie zrobili! Łudziłem się, że tak zrobi, jednak zdążyłem go już poznać na tyle, by stwierdzić, że bardzo naiwne były to złudzenia.
Tak jak myślałem, Frank zignorował moje telepatyczne prośby i kontynuował :

-Było przednio, dawno się tak nie ubawiłem. Mam propozycję, żebyście co jakiś czas pozwoliły nam zrobić taką bitwę na stołówce, pomaga dużo bardziej niż wasze bezsensowne zajęcia. Mam posprzątać? Chętnie to zrobię, wspomnienia wrócą i w ogóle…

-Elizabeth, tu masz właśnie klasyczny przykład zachować nerwicowo-histerycznych. Evelyn, zapisz dodatkową dawkę Neuroformu 415-d, dożylnie tym razem – czarnokłaka kurtyzana zignorowała całkowicie Franka – Musimy się postarać przywrócić znowu stan neutralny. Konieczna będzie izolacja, pacjent jest niebezpieczny dla otoczenia. Ann, masz jego kartę? – usłyszałem szelest kartek i przycisnąłęm ucho do drzwi – Zapisz tam proszę to wszystko i dodaj, że przy podogszeniu objawów należy wprowadzić inhibitory neuronowe. Oraz wyregulować poziom hormonów przysadki.

-Hmm, naprawdę zapewniam, że nie potrzebuję tego wszystkiego. Nie wiem, czy panie mają na tyle inteligencji, żeby dostrzec, że nie jestem dotknięty chorobą psychiczną. – Frank nie stracił rezonu, mówił lekki kpiącym tonem. – Ale jeżeli nadal uważacie, że coś ze mną nie tak, to wystarczą mi tamte pigułki co wcześniej… – zero reakcji ze strony pielęgniarek, rozmawiały ze sobą o jakichś medycznych aspektach leczenia – i chciałem powiedzieć, że dobrze rozumiem…co mówicie… – mówił równo z lekarkami.
Mogłem sobie wyobrazić, jak patrzą na niego jak na eksponat w muzeum,m czy też jak na dziecko z ‚ciekawym’ rodzajem upośledzenia umysłowego. To chyba najbardziej irytujące. Traktują cię jak podczłowieka, nie biorą pod uwagę twojego głosu, bo jesteś pacjentem szpitala dla czubków; jakbyś nie był godzien z nimi rozmawiać, ale nie tak jak człowiek, którym gardzisz, tylko jak dziecko, które nie jest w stanie nadążyć na tokiem dyskusji.

Rozmawiały więc między sobą o kolejnych sposobach znęcania się nad piętnastolatkiem Nawet wyłąpałem słowo ” kaftan bezpieczeństwa”. Ile ich właściwie tam było, tych babek? Cztery? Pięć? Może Frank dałby radę im uciec?
Tylko co potem? Będzie się ukrywał przed nimi w tunelach do końca odsiadki? To szpital zamknięty, kretynie.
Miałem coraz większe wrażenie, że oto włąśnie nadchodzi mój czas, że powinienem coś zrobić, coś, co przecież wiedziałem, że trzeba zrobić, żeby zmienić zaistniałą sytuację. Z każdą sekundą to uczucie potęgowało się, myślałem, że genialne rozwiązanie znajduje się tuż przed moim nosem i wyślizguje mi się z rąk. Cholera, Gerard, myśl! Postępująca bezradność wytrąciła mi z mózgu jakiekolwiek pomysły, racjonalne i nie tylko, więc byłęm w stanie tylko z drżącym sercem przyciskać ucho do drzwi.

W rozmowie kobiet padło słowo „Sektor 4”, czyli Piekło Izolatek.
No chyba kurwa nie.
-Naprawdę drogie panie, izolatki nie są wskazane…nie potrzebuję jej, wystarczy mój pokój…- stukot obcasów zagłuszył słowa chłopaka; kroki zaczęły oddalać się. Nikt nie krzyczał, nie uciekał. Po prostu spokój.
Zostałem sam.

                                                                          *  *  *  *  *

Pierwsze dni bez Franka były…dziwne. Chodziłem na zajęcia, jadłem, spałem, siedziałem w pokoju i gapiłem się w sufit w wolnym czasie. Rozmowy z paczką też się jakoś nie kleiły, bo zabrali nam też Alexa. Felixa – Masłosława również nie było.
Był Bob-pokerzysta i Werka-wariatka w stanie depresyjnym. Raz wyszedłem na pole, ale było tak zimno, że od razu wróciłem. A niby zaczyna się lato.
Przez ten czas nie postawiłem ani kreski na papierze. Sama myśl o tym sprawiała, że chciałem rzucić wszystkie przybory na podłogę, polać benzyną i podpalić.
Ahhh, ten zapach nalapmu o poranku.
Zacząłem wracać do przedprzeprowadzkowego sposobu myślenia. Nie powiem, że zycie straciło sens, ale miałem poczucie, że ktoś mi zabrał coś integralnego. Przez ten krótki storunkowo czas pobytu tutaj naturalnym była obecność dwa lata młodszego bruneta z grzywką. Takie…światełko z niego było. Trochę dziwne i namolne światełko, ale było mi potrzebne od kiedy moje oczy się do niego przyzwyczaiły.
Nie było łatwo wrócić do widzenia w ciemności.
Czwartego dnia dnia wyciągnąłem spod łóżka gitarę Iero. Śmiesznie się czułem trzymając ją w rękach, ponieważ w ogóle nie wiedziałem, jak się z nią obchodzić. Chwyciłem ją jakoś tak koślawo; dźwięki trąconych strun raniły moje uszy, nie były żadną łądną muzyką. Aż trudno uwierzyć, że to pudło jest w stanie wydać jakąkolwiek melodię. Szkoda, że nigdy nie miałęm okazji, żeby usłyszeć, jak on gra. Ciekawi mniem czy ułożył coś własnego, czy gra istniejące już utwory. I tak jedno i drugie było wyczynem. Gitara była przedmiotem idealnym dla Iero; kryła w sobie wiele różnych natur i nastrojów. Można było wydobyć z niej miliardy kombinacji dźwięków; mogła zagrać wszystko.
Nie wiem, po co właściwie ją tykałem.
Po chwili z powtorem wsunąłem ją pod łóżko, pełen mieszanki uczuć – niepokoju i dezorientacji. Nie mogę siedzieć w tym pokoju ani chwili dłużej. Zaraz urozmaicę wymiocinami pastelowe barwy ścian szpitala. Albo lepiej, zaraz komuś wpierdolę i może wreszcie poczuję się lepiej.
Wpierdol w południe – ah, jakże mi cudnie!
Może jak nie rysunki, to wiersze zacznę pisać? Znając mój talent, efekty byłyby powalające. Przynajmniej miałbym się z czego śmiać na starość.
Bez przeszkód udało mi się uzyskać przepustkę na zewnątrz. Tak jak wczoraj wyło zimno, ale dało się znieść. Chłodne powietrze uderzyło mnie w twarz, przywołując skojarzenie, nie wiedzieć czemu, z namiętnym pocałunkiem.
Z jakąś dziewczyną na przykład…nie no, żartuję, z Frankiem.

Mam wrażenie, że wszystko tutaj dzieje się za szybko.To było nierealne, tak szybko dać się komuś zaczrować. I to jeszcze facetowi. Młodszemu facetowi. Czy to aby nie pedofilia?
Ruszyłęm szybkim krokiem przez ogród. Odejdę gdzieś dalej, i tak nie mam nic do roboty. Żadnych rozmówek ….przewracania na podłogę…żadnego przytulania…
Cholera, o czym ja myślę? Mózgu żałosny. Zostałem spedalony. Chyba.
Tym razem nie poszedłem główną ścieżką, jak wtedy gdy spotkałem Werkę po raz pierwszy. Skręciłęm w jedną z bocznych odgałęzień, które prowadziły w bardziej zarośniętą część ogrodu. Głowa mi trochę ciążyła. Jakby mi ją ktoś obwinął grubą szmatą. Przytłumienie, to było dobre słowo. Czułem się przytłumiony. Nie było łątwo myśleć w takim stanie. Prawdę mówiąc, nic nie było łątwo tak robić. Już nie wiem ,czy to ja, czy jakaś nowa generacja tabletek. Nie ma to, jak być królikiem doświadczalnym. Czekam, aż zacznę fosforyzować.

Wzdłuż dróżki, którą kroczyłem rosły mniej więcej metrowej wysokości tuje. Ręką delikatnie przejechałem po ich wierzchołkach, nie zwalniając tempa. Mój wzrok padł na ścieżkę. Gdzieniegdzie przez białe kamyczki przebijały się pojedyncze źdćbła trawy. Wszystko to notowałem mechanicznie, mając kompletnie pusty umysł. Nawet nie mogłem uświadomić sobie, że ta pustka była przerażająca. Nie mogłem się skupić na niczym. Mózgu żałosny, puk puk, wpuść właściciela do środka i zacznij ogarniać, co się dzieje.
Chodziłem tak jeszcze jakoś czas. Nawet bardzo długi jakoś czas, bo wokół zrobiło się trochę ciemno.
Kolacja mi przepadnie! TAKA porcja świeżych neurotoksyn zmarnowana.

Na stołówce mignęła mi przed oczami jakaś różowa czupryna. Spróbowałem skupić na niej wzrok, ale nie dałem rady. Nagle zrobiłem się strasznie zmęczony. Uczucie przytłumienia u ucisku na głowie powróciło, tyle żewzmocnione kilkakrotnie. Wciąż i wciąż mocniej. Na domiar złego oczy zaczęły mi się kleić i raptownie ogarnęło mnie zmęczenie. Ale nie takie zmęczenie nicnierobieniem, tylko zmęczenie z prawdziwego zdarzenia. Nagły – i dziwny – atak wyczerpania sprawił, że się zachwiałem. Musiałem przystanąć na chwilkę.
Przytknąłem rękę do czoła. Pod zaciśniętymi powiekami zaczęły pojawiać się kolorowe odblaski. No świetnie, halucynacje? Nie wystarczy, że będę fosforyzującym królikiem? Cały świat przeciwko mnie, jak zwykle.
Próbowałem iść dalej, ale ciężko mi było stawiać krok za krokiem. Już nawet nie wiem, w którą stronę szedłem. W pewnym momencie straciłęm równowagę, a przed oczami rozbłysło mi miliard białych plamek. Po tym poczułem, jak wznoszę się w powietrze, wszystko stało się tak nierzeczywiście lekkie i przezroczyste, ale ja nie mogłem oddychać…Nadal nie mogełm…a może nigdy tego nie robiłem?
Przedstawienie musi trwać…

Podobało się? 

Kolejny rozdział nie nastąpi niebawem.  Skończył mi się materiał zapasowy opowiadania, niestety; dalsze rozdziały czekają na napisanie. I po prawdzie, zaczynam tracić kontrolę nad tym opowiadaniem, za dużo rzeczy chce się tam znaleźć. I nadal za mało Frerarda, nawet dla mnie, jako autorki 😀 Ale nie,  szybko nie rzucę ich sobie w ramiona! <mwahahaha>
I stracę czytelników.
Paczajcie więc :  

 

-Gerard, biegiem, idą tu!

Idą tu. Idzie tu armia personelu szpitala, wyposażona w żółte fartuchy, moc jajościsku oraz strzykaweczki poukrywane w przepastnej kieszeni roboczego kombinezonu. A co jak co, nie chciałem wpaść w ich łapy tak wcześnie – bo po tym co zrobiliśmy, wiedzieliśmy na bank, że wpadniemy – i szczególnie nie w tym miejscu! Byle jak przekopałem wysypane rzeczy pod regał i ile sił w nogach pobiegłem do bruneta, podrygującego ze zdenerwowania przed wejściem do otwartej szafy pancernej. Jego i tak ekspresyjna twarz wyrażała histeryczny lęk, a wydobywające się z jego ust „Gerard, szybciej” tylko potęgowały uczucie…takiego… nie wiem, zrywu opiekuńczości? Nie wiem, wpadłem na to, kiedy już wcisnęliśmy się do szafy. Szafy, która powodowała złudzenia optyczne jakieś, bo z zewnątrz cholerstwo było dużo większe. Frank zatrzasnął drzwi i oparł się o tył szafy, głośno oddychając. Zdecydowanie, za głośno. Z przerażeniem odkryłem również, że zaszkliły mu się oczy. On zaraz dostanie tutaj autentycznego, podręcznikowego ataku paniki. On sam również zdawał sobie z tego sprawę bo nagle złapał mnie za nadgarstek i szepnął:

-Gerard, ja zachwilę spanikuję i zacznę krzyczeć, więc musisz zatkać zatkać mi usta. – i przycisnął sobie moją dłoł wewnętrzną stroną do swoich ust. Powtórzę jeszcze raz, żeby każdy zrozumiał : MOJĄ dłoń do SWOICH ust. Co było co najmniej dziwne, bo przecież swoich miał dwie, więc czemu akurat moją i w ogóle on dyszy mi na nią nosem, co bardzo łaskocze, a ja cholera prze to zaraz zacznę rechotać jak idiota, on zacznie krzyczeć, znajdą nas i oddadzą na pożarcie babci-satanistce z bloku obok!!!

…Ja pierdolę, co ja pierdolę?!
Siedzieliśmy jak głośnooddychające trusie w tej szafie, przysłuchując się krokom odbijającym się o ściany magazynu. Kiedy zbliżyły się one do naszej kryjówki, Frank zacisnął mocno powieki i jeszcze bardziej przycisnął moją dłoś do ust. Swoją drogą, pan Iero był obdarzony bardzo miękkimi ustami…
Nie, żebym chciał to sprawdzić w inny sposób.

Moją uwagę skupioną w sumie zamiast na krokach, przykuł niski chłopaczek kulący się obok mnie w szafie, Iero. Z jego zaciśniętych powiek wyślizgnęła się jedna łza, spływająca po policzku, a w konsekwencji na moją dłoń. Wtedy, niewiedzieć czemu, zadrżałem. I zrobiło mi się trochę szkoda chłopaka. Cóż, jakby nie patrzeć, był młodszy ode mnie, siedział tutaj – mam na myśli szpital, a nie szafę – dużo dłużej, niż ja, miał ciężej – o wiele – niż ja…
Ojj Fraaaaank. Proszę cię, bo jak ty zaczniesz, to ja też. To ja tu robię za niestabilnego emocjonalnie, nie zabieraj mi roli!
Pierwszy raz widziałem go w chwili słabości…Chociaż w sumie, znaliśmy się jakieś…cholera, nie wiem, jak długo tu już jestem, ale nie więcej, niż dwa tygodnie. Jednak, dziwnie mi było tam stać i patrzeć na niego w takim stanie, w jakim często znajdowałem się ja. Zdecydowanie, chyba jednak wolałem poprzedni układ. To ja miałem płakać, a nie on.
My tu gadu-gadu, a kroki sobie ucichły. Nadstawiłem uszu i udało mi się dosłyszeć cichy szelest zamykanych drzwi do magazynu. Z ulgą wypuściłem powietrze z ust, a Frank puścił moją dłoń, opierając głowę o tylną ścianę szafy. I klasycznie, jego ręka odgarnęła grzywkę z oczu.

Powie mi ktoś, czemu ja tak ciągle zwracam na to uwagę?
Nie?
Brunet nadal trząsł się lekko, ale też zorientował się, że ten ktoś już opuścił pomieszczenie i lekko uchylił drzwiczki szafy. Bogu dzięki, że nie były zamykane na zatrzask, bo bylibyśmy udupieni jeszcze bardziej, niż być moglibyśmy.
Wychylił głowę przez drzwi. Halogenowe światło magazynu tylko uwypukliło jego zaczerwienione podpuchnięte oczy. Zrobiło mi się tak…dziwnie.
Gerard, w tym psychiatryku robisz się jakiś miękki.
Po chwili wydostaliśmy się z metalowej szafy, niepewnie rozglądając się po magazynie. Jeżeli tu ktoś wszedł, to na szczęście już wyszedł. Odetchnąłem z ulgą. No, prawie.

-Iero, idź szukać tej swojej gitary, tylko proszę, szybko! Bo serce mi wali jak nie wiem co. – powiedziałem, wracając do swoich pudeł. Nie dostałem żadnej odpowiedzi, jedynie metaliczny trzask drzwi szafy i kliknięcie kłódki.
Znalazłem już wszystkie rzeczy i pospiesznie wsypywałem torebki sporwotem do pudeł. Nagle uderzyła mnie pewna myśl.
Jak tu weszliśmy? Mianowicie Bob odsunął szafę od wejścia.
Przed chwilą chodziła tu pielęgniarka.
Gdzie jest Bob?
-Frank, gdzie jest Bob? – zmroziło mnie. Trochę nie za bardzo uda nam się zamaskować wyjście stąd bez niego…Już miałem zacząć gorączkowo go szukać, gdy spod regału koło którego stałem dobiegło ciche :

-Tu!
Pochyliłem się i moim oczom ukazał się pokerfejs Boba.
…Aha.
-Em…Bob, możesz już wyjść…- z dziwną miną wróciłem do poprzedniej czynności. Bob mnie przerażał. Nie przepadam za nim.
Kilka minut później staliśmy przed wejściem do tunelu. Frank ze łzami w oczach ściskał swoją gitarę, a ja pakowałem do niej znalezione rzeczy. Iero pieprzył coś bez sensu, jednakże robił to takim uroczym głosikiem, że ciężko było go ignorować. Śmiałem się z niego przez większość drogi powrotnej.

Jakimś cudem udało się nam cichutko wrócić bez przeszkód Pod koniec dostaliśmy jakiejś głupawki i chchraliśmy się jak idioci. Nie wiem czemu nikt nas tam nie usłyszał. Tłumiąc śmiech wpadliśmy do pokoju, pokładając się na podłodze. Frank wepchnął gitarę pod łóżko i przeturlał się, oczyliście lądując na moim brzuchu, gdzieżby inaczej.
Jęknąłęm cicho. Ała.
-Udało się nam, ogarniasz to?! – powiedział, z trudem uspokajając oddech po sesji chichotu. Nic nie powiedziałem, tylko westchnąłem i spojrzałem na bruneta krytycznie.
-Iero, powiedz mi, czemu traktujesz mnie jako swoje osobiste łóżko?
-Bo lubię. – wyszczerzył się do mnie. Uwierzcie mi, Frank szczerzący do was zęby z bliskiej odległości jest tak rozwalającym obrazkiem, że nie można się nie śmiać.
-Okay, nie mam więcej pytań – ułożyłem się wygodniej i podłożyłem ręce pod głowę. – Ty będziesz natomiast moją osobistą kołdrą.
-Nie ma sprawy. – oplótł mnie rękoma, nadal patrząc się mi w oczy. W paczałki, jak określiła to kiedyś Wera. Grzywka zasłaniała mu pół twarzy, więc wyciągnąłem rękę i delikatnie ją odgarnąłem, robiąc przysługę światu i ukazując mu piękne oczy Iero. W odpowiedzi ten wytrzeszczył oczy.

-Łaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaał…Gerard Way sam mnie dotknął…świat się kończy…
-Bardzo śmieszne. -zmrużyłem oczy – Ja tam nie wiem, ale ogólnie dwaj chłopcy leżący na sobie i odgarniający sobie włosy nie są zbytnio akceptowani w społeczeństwie…
-Ajtam ajtam, niech społeczeństwo wypierdala. Tobie to nie przeszkadza. – przytknął swój nos do mojego i z lekko rozbawionym wyrazam twarzy patrzył, co zrobię.
-Skąd wiesz?
-Bo gdyby ci to przeszkadzało, po prostu byś na to nie pozwolił. Mam pewną teorię na ten temat… – -A mianowicie? -z jakiegoś powodu zacząłem szeptać. Na razie przyzwyczajałem się do faktu, że oddycham powietrzem pochodzącym z ust Franka.
-Przez całe dotychczasowe życie nie miałeś z nikim bliskiego kontaktu i pod warstwą nienawiści do świata chciałeś, żeby ktoś wreszcie nie miał ci za złe tego, że żyjesz. I pojawiam się ja. – tak łatwo mnie rozgryźć? Nie uwierzę. Phi, gościu, mylisz się. Musisz się mylić.
-Wcale nie. To nie jest takie proste jak myślisz, Iero. Znasz mnie tylko tydzień i praktycznie nic…
-Zamknij się. – cmoknął mnie w usta i wtedy straciłem zdolność myślenia. Wstał ze mnie pozostawiając na ciele przenikliwe zimno i wyciągnął do mnie rękę.

-Wstajemy i idziemy na spotkanie z potworami. Pewnie i tak szukają nas po całym szpitalu.

Frank nadal filozofuje i na dodatek ma bardzo rozbudowane odpowiedzi, zauważyliście? „Nie”, „Bo lubię”, „Bo tak”…nie ma co, ja bym zabiła ^ ^  

Oto i moi państwo, akcja! Oczekuję dwóch rzeczy : pochwały za długość rozdziału, wynoszącą ponad 2000 słów oraz wnikliwości – obawiam się, że ukryło się tu kilka błędów logicznych i teraz wyjdą na jaw.  Jeżeli coś znajdziecie, proszę mi o tym napisać w komentarzu. To ważne! 😀

 

Następnego dnia nasza paczka weszła wolnym krokim do stołówki. Każdy z nas starał się zachować lekko przytępioną minę charakterystyczną dla wielu pacjentów ośrodka. W moim przypadku nie było to takie trudne, ponieważ kiedy już wszyscy rozeszli się w nocy do pokoi, ja zamiast spać, zająłem się rozmową z Frankiem, który notabene wpakował się znowu do mojego łóżka. Kiedy prowadziłem ważny monolog o tym, że Wera mnie przeraża, zdałem sobie sprawę, że straciłem jedynego słuchacza. Franek zasnął skulony z rękami pod głową. Wyglądał jak mały bachorek. Gdyby dzieci tak wglądały, to chciałbym jedno. Albo dwa. Ewentualnie siedem.
Wyobraziłem sobie siedem Franków śpiących w dokładnie takiej pozycji jak Iero na stercie poduszek.. Rozczulający widok.
Eh, nie miałem serca go budzić. Ograniczyłem się tylko do delikatnego zrzucenia go z łóżka.

-Gerard, jesteś chujem. – usłyszałem gdzieś z głębin ciemności. Zachichotałem i już otwierałem usta, żeby coś powiedzieć, gdy nagle jakaś ciężka, ciemna masa przygniotła mi płuca zaciskając dłonie na moich nadgarstkach.

– Ale nie poddaję się tak łatwo.

-Dzieciaku, weź zejdź ze mnie, bo to powoli zaczyna być dziwne. – chciałem, aby mój głos zabrzmiał lodowato, lecz efekt końcowy wyszedł bardziej jak głosik uwięzionego w ślepym zaułku przez bandę osiłków chudzielca.
-Nie.
I mniej więcej na tym zakończyła się nasza rozmowa.. Teraz zastanawiałem się na wpółśpiąc, czemu nie przyszło mi do głowy zrzucenie chłopaka z siebie, wydarcie się na niego, że to kurwa moje łóżko i że narusza moją osobistą przestrzeń klejąc się do mnie… No nie wiem, nie pomyślałem.

Tak więc według planu weszliśmy ‚przytępieni do stołówki’, według planu nałośyliśmy sobie porcje posiłku w sam raz dla hardkorowego koksa oraz według planu usiedliśmy w różnych miejscach stołówki. Teraz pozostawało czekać na znak od Alexa.
Kiedy usiadłem przy stoliku naprzeciwko jakiejś dziewczyny rażącej po oczach bluzką w czarno-białe paski, naszło mnie to charakterystyczne uczucie pojawiające się przed wydażeniami, w których ważna jest twoja rola. Adrenalina powoli wpływała do moich żył.
– Ej, pssst…gotowy? – zapytała ta dziewczyna siedząca przy stoliku. Werka znalazła kilka chętnych osób do pomocy w rozpoczęciu rozróby. To musiała być jedna z nich.
-Tak. – tylko niech jej się teraz nie zachce nawiązywać nowych znajomości, bo ważny moment przegapię. Na szczęście wyczuła powagę sytuacji i wbiła wzrok w Alexa.

Moja klatka piersiowa była jakby rażona lekkim prądem elektrycznym – cały czas przechodził mnie dreszczyk podniecenia (ale nie TAKIEGO podniecenia).
Wreszcie zobaczyłem, że piroman powoli wstaje z miejsca i nabiera garść kaszy ze swojej tacy. Jeszcze tylko kątem oka złapałem zdziwione spojrzenia lekarek, gdy jedzeniowy pocisk poszybował w kierunku łysawego faceta po czterdziestce.
-RZUCAMY SIĘ!!! – wydarł się jak na wojnie Franek i rzucił w moją stronę kiszonymi ogórkami. Trafiły w tę dziewczynę z mojego stolika, która jednak nie bardzo się tym przejęła. Była już zajęta wypuszczaniem mięsnych pocisków w ludzi przy stoliku obok.
Ja również nie próżnowałem. Przebiegłem na środek pomieszczenia i podrzuciłem w górę tależ z zupą. Znaczy się, talerz trzymałem, tylko zupa poszybowała w górę, barwiąc suft na pomarańczowo.
Odzew na naszą akcję był znakomity. Jedzenie fruwało tam i spowrotem, każdy był upaćkany mięsem, kaszą i plasterkami ogórków, nawet ja miałem we włosach trochę zupy i kompotu, którym oblał mnie nawet nie wiem kto.
Zerknąłem na pielęgniarki. Te pięć będących w stołówce nie było w stanie poradzić sobie z demolką, więc nadały przez głośniki komunikat o posiłkach. Bingo, na to czekałem.

Frank też. Nabierając jeszcze w garście trochę jedzenia wybiegliśmy bez przeszkód przez drzwi, obrzucając kaszą i mięsem kilku pajcentów stojących przed salą i popędziliśmy w kierunku ubikacji. Dzięki Bogu, że była blisko stołówki.
Umazani żarciem prawie wywróciliśmy się na śliskich kafelkach, którymi wyłożona była łazienka. Frank przepchnął mnie dalej, obok kabin prysznicowych, do kabin z kiblami. Otworzył ostatnią, przylegającą do ściany i wpadł do niej, ciągnąc mnie za sobą. Z rozpędu usiadł na kiblu, w ostatniej chwili łapiąc mnie i ratując tym samym przed rozbiciem czaszki o spłuczkę. Ciężko oddychałem po biegu, a także po walce na żarcie w stołówce. Nadal nie ochłonąłem i trochę szumiało mi w uszach.
Odgarnąłem zlepione pomidorówką włosy z czoła i na pół westchnąłem, na pół się zaśmiałem.
-Ja pierdolę, ale faza. – Frank tylko spojrzał na mnie i roześmiał się, równie zdyszany jak ja. Ale nie było czasu na pogaduszki. Mieliśmy na włamanie się do komory tylko kilka minut.

-Dobra Gerry, odsuń się. – powiedział Iero i uklęknął przy boku kabiny, który tworzyła ściana. Wyjął z kieszeni widelec i wydrapał fugę łączącą kwadrat czterech kafli z innymi.
-Jak ty to… – chciałem zapytać, ze brunet szybko wyjaśnił mi, że w tym miejscu fugę imituje warstwa gliny. Oddrapał połowę i kwadrat opadł mu na dłonie. Ostrożnie położył go obok i kazał mi sprawdzić, czy drzwi napewno są zamknięte, po czym wsunął najpierw głowę, a potem resztę ciała w otwór. Przełknąłem ślinę. Przejście było dosyć duże, ale i tak perspektywa czołgania się nim przez dobre kilkadziesiąt metrów nie była zachęcająca. Chcąc nie chcac, z kolejnym zastrzykiem adrenaliny, wszedłem w tunel za brunetem.
W środku pachniało kurzem, ale powietrze nie było zatęchłe. Betonowe podłoże korytarza było zadziwiająco gładkie, jednak pełznięcie na kolanach w mrok nie należało do najprzyjemniejszych rzeczy, jakich miałem okazję doświadczyć. Przez pierwsze kilka metrów, im bardziej oddalaliśmy się od kibla, tym mniej widziałem i bardziej się bałem. Frank jednak nie przejmował się chyba za bardzo postępującym zaciemnieniem i na czworakach brnął naprzód. Teraz mogłem spróbować się trochę uspokoić. Jezu. Zabiją nas za ten wybryk.
-Gerry, zatrzymaj się. – zastygłem na dźwięk jego słów. Na pozór się uspokoiłem, ale może żyły nadal radośnie wypełniała adrenalina. Nic już kompletnie nie widziałem i trzęsły mi się ręce – ze strachu.
Albo dlatego, że opierałem na nich większość ciężaru ciała.
Nie, to zbyt proste rozwiązanie…
W każdym razie, bolały rączki, barki i kolana też powoli zaczęły przypominać o swoim istnieniu palącym kłóciem.
Usłyszałem, jak Iero przesuwa rękami po ścianie obok.
-Tu jest pierwszy skręt. Prowadzi na sektor niżej, również wychodzi w tamtejszej łazience. Chodź dalej.

Wędrówka tulnelem szybko stała się nużąca. Moim zdaniem szliśmy nim stanowczo za długo i przeczołgaliśmy się chyba kilkaset metrów, a nie kilkadziesiąt, jak wcześniej opisywał brunet. Jeżeli dodać do tego fakt, że będziemy szli nim jeszcze raz, tachając wykradzione z magazynu rzeczy… Możecie mi powiedzieć, w co ja się wpakowałem?!
Przez jakiś czas towarzyszły nam tylko dźwięk szurania naszych kończyn o beton. Kilka razy za wysoko uniosłem głowę i przeszorowałem czuprtną sufit. Przydałaby się latarka.
W pewnym momencie Frank znów się zatrzymał. Znajdowaliśmy się przy kolejnym zakręcie, tym razem prowadzącym na sektor I. Ponoć właz do tunelu znajdował się kilka metrów za biórkiem recepcjonistki. A my nadal czołgaliśmy się dalej.
– Frank, daleko jeszcze? – zapytałem już trochę zmęczony. Idziemy tym cholerstwem już ze trzy wieczności…
-Nie, spokojnie, już prawie jesteśmy.
A właśnie, wiecie po co my włąściwie się przekradamy? Otórz wyjście głównego tunelu znajduje się w środku komory z lekami. Jednakże, było teoretycznie bezużyteczne – stało za półką, którą ktoś ze środka musiał najpierw odsunąć, aby dało się niepostrzeżenie wyjść.
Zastanawiałem się, czy Bob jest już w środku i zbiera leki, udeżyłem głową w coś miękkiego.
-Ej, Gerard, stój! – głośno szepnął Frank, macając coś, zapewne ścianę przed sobą. – O kurwa, nie mamy czym tego zalepić, będę musiał tu wrócić i pokleić to wszystko. Ale trudno. – Nagle dostrzegłem smugę światła – chłopak wypchnął trochę płyty tarasującej wyjście.

Moim oczom ukazała się malownicza i urozmaicona …szczelina, bo coś, czyli zasrana półka blokowało płytę. No pięknie.
Chcrząknąłęm znacząco, posyłając tyłowi głowy Franka wymowne spojrzenie. On z trudem przekręcił głowę tak, by kątem oka widzieć mnie:

-Spokojnie, to znak, że Bob jeszcze nie wszedł i musimy jeszcze trochę zaczekać. Tak nawiasem, przeszliśmy ten tunel wyjątkowo szybko. Zwykle już pod koniec mam dosyć, a dziś całkiem nieźle się szło. – Nieźle? Jak dla kogo, Frank?

Przy okazji, dziwnie uderzyło mnie przekleństwo, którym ozdobił swoje słowa chwilę wcześniej. Nigdy nie zwracałem na takie rzeczy uwagi – w moim otoczeniu ludzie mówili całkiem kulturalnie, ale nie znaczy to, że nikt przekleństw nie używał. Ja sam, będąc sfrustrowany, często puszczałem taką wiązankę, że lasy usychały. Żałośni jednak byli dla mnie ludzie, którzy bez wyraźnego powodu wplatali ‚kurwy’ i ‚zjeby’ w wypowiedź.
Frank był zdenerwowany, podobnie jak ja, więc czemu tak bardzo zdziwiło mnie to jedno słowo? Chyba pierwsze przekleństwo, jakie wydostało się z jego ust w mojej obecności.
Do niego to po prostu nie pasowało. Mały brunet nie był stworzony do gównianego języka, tylko do ładnego.
Dobrze, koniec. Zostawmy to.
Frank ułożył się wygodniej – jeżeli w takim korytarzu można siedzieć wygodnie – nisko pochylając głowę, przez co coraz dłuższa grzywka opadała mu na oczy. Palcami wystukiwał nieznany rytm – pewnie z jakiejś piosenki, czy czegoś takiego. Mówił, że tęskni za grą na gitarze. Personel szpitala praktycznie od razu zabrał mu ją, przedmiot, który określał jako „integralną część swojej duszy”. Próbował już kilka razy wydobyć ją z magazynu, ale jak na złość, nigdzie jej nie było.

-Teraz Alex nauczył mnie używać swoich wytrychów, więc przepatrzymy wszystkie szafy. – powiedział po naradzie, radośnie kiwając się na boki. Nie chciałem psuć mu dobrego nastroju i mówić, że tę gitarę na pewno już zdezintegrowali…
To, że nie chciałem, nie znaczy, że tego nie zrobiłem. Dostałem wtedy w głowę poduszką i kazano mi się zamknąć.
Nagle ostry chrzęst metalu o płytki podłogowe przeszył zalegającą w tunelu ciszę. Automatycznie skuliłem się, czekając, aż w otworze zaświeci bajkową żółcią fartuch pielęgniarki i wszystko będzie skończone.
Na szczęście zamiast żółtego fartucha zza krawędzi wyłonił się brązowy sweter, na co zacząłem na powrót oddychać z normalną głośnością. Bob przyszedł.

Wypełznęliśmy z ulgą z wnętrza tunelu, w pełnej krasie oglądając podręczny magazyn trucizn szpitala.
Sala był wielkości mniej więcej klasy szkolnej. I na tym podobieństwo do niej się kończyło. No chyba, że w szkołach wielkie, surowe metalowe regały są codziennością?
Wyjście z tunelu znajdowało się na przeciwko drzwi głównych. Prostopadle do nas ustawiono kilkanaście metalowych regałów obładowanych różnej maści pudłami, pudełeczkami, paczkami i innymi kartonami. Większość z nich była zapakowana, kilka z nich jednak miało rozdarte folie. Przy ścianach zaś stały metalowe szafy zamykane na kluczyk. W tamtej chwili zwątpiłem w powodzenie akcji : „Otworzymy je wytrychem”. One wyglądały jak pieprzone szafy pancerne ze skanerem tęczówek, a nie jak blaszane puszki, które otwiera sie kawałkiem drutu!
Halogenowe oświetlenie dopełniało jego odstraszający charakter. Jeny, jak można stworzyć tak przerażająco BIAŁE pomieszczenie? Czarne jeszcze jestem w stanie zrozumieć…ale taka trupia biel? I to ten kolor ma mi się kojarzyć z niewinnością i z dobrem? Ja widziałem w nim niepokój, lęk i zepsucie.

-Dobra, nie ma czasu na rozglądanie się, chcemyu wyść stąd żywi i jak najszybciej. Gerry, do tamtych czerwonych pudeł! – rzucił Frank wymijając mnie. Uklęknął przy owych pudłach, leżących na najniższej półce jednego z regałów, zamaszystym ruchem zdjął pokrywę i wywalił znajdujące się w nim przedmioty na ziemię. Wokół mnie posypało się mnóstwo celulozowych torebek, z których każda kryła w sobie jakąś rzecz – widziałem tam kredki, również te do malowania oczu, zwoje biżuterii, pudełka z zapałkami i inne takie skarby. Hm. Wcześniej nie zakwalifikowałbym tych rzeczy do skarbów. Raczej do częściowo niepotrzebnych lub co najwyżej ogólnodostępnych. No, wyjątkiem było podwójne dildo w koloże wściekłego różu, którego nie zakwalifikowałbym do żadnej z tych kategorii.

Uklęknąłem pośród tego wszystkiego i zacząłęm szukać naszych rzeczy. Na szczęście każda torebka była opatrzona etykietką z imieniem i nazwiskiem właściciela, oraz numerem sektoru, na którym ‚się leczy’.
Przez jakąś wieczność udało mi się jedynie odnaleźć kolczyki Alexa. Powoli zaczynałęm już panikować, nawiedziło mnie to charakterystyczne uczucie pojawiające się w klatce piersiowej – ni to płomień, ni to ucisk ni to cholera wie co. Znowu w ciągu ostatnich kilkunastu minut. Powodowało to również drżenie rąk, jakiego nie powstydziłby się ktoś chory na Parkinsona. Nie powiem, TROSZECZKĘ utrudniało mi to moje zadanie.
Podszedłem, czy raczej ‚podrzuciłem się’ – bo nie wiem jak nazwać dziwny ruch, jakim dotarłem do trzeciego z kolei pudła i wysypałem jego zawartość na ziemię. Od razu rzuciły mi się w oczy moje przybory do rysowania – wreszcie jakiś sukces. I jakby ten sukces poruczył wielką maszynę losu, dając początek serii następnych; w moje ręce wpadł notatnik Wery, oraz…dziwne, kolorowe przedmiociki, należące do Felixa – przypuszczałbym, że bardziej do Masłosława – jakby jakieś…przywieszki jappońskie, czy coś? Nie wiem, i chyba nie chcę tego zgłębić.

Mimochodem docierały do mnie odgłosy walki Franka z szafami. Raz chyba się wkurzył i kopnął w jedną z nich, bo pomieszczenie wypełnił głuchy odgłos uderzonego metalu. Po nim zaś nastąpił jakiś inny – bardziej … cyfrowy dżwięk, jednak dobiegający gdzieś z daleka. Wtedy względną ciszę pomieszczenia przeszył pisk bruneta i jego histeryczny szept :

-Gerard, biegiem, idą tu!

 

Mam nadzieję, że przypadło wam do gustu. A teraz konkurs (bez nagrody) – jak długo Gerard znajduje się w szpitalu?
Bo ja sama już tego nie ogarniam…x) 

 FAK JEA, DO CHOLERY! MAMY DYSZKĘ ^ ^ I nie, tu jeszcze nie ma MCRmy, które zgłosiło się do udziału w opowiadaniu.

 

Droga powrotna minęła bardzo szybko. W kilka minut byliśmy już na naszym sektorze. Weronika powiedziała, że narada będzie w pokoju moim i Franka i tyle ją widziałem – pędem pobiegła się przebrać czy coś takiego. Wzruszyłem ramionami i udałem się do swojego pokoju. Nagle uprzytomniłem sobie, że to ja miałem jedyny klucz do pokoju, co oznaczało, że Iero radośnie koczował gdzieś na korytarzu.
Nie myliłem się za bardzo. Frank spał oparty plecami o ścianę, z głową przekrzywioną na lewą stronę; grzywka przesłaniała większość twarzy. Jego bluza leżała zwinięta obok niego, więc mogłem dostrzec wspaniałość jego tatuaży. Muszę go zapytać, kiedy je zrobił. Może też kiedyś się tak zdziaram?
Sterczałem tam dobrą chwilę, podziwiając chłopaka. Mówię serio, jakbym był dziewczyną, tobym się zakochał.
Przyklęknąłem przy brunecie i cicho wypowiedziałem jego imię.

-Frank…Frank, obudź się… – Frank to skądinąd ładne imię.
Iero drgnął, otworzył oczy i powiódł rozkojarzonym spojrzeniem po korytarzu. Kilka sekund później zdzielił mnie po głowie.

-Au! Za co to? – dla pewności odsunąłem się, pocierając bolące miejsce. Uderzył dość mocno.

-Następnym razem, jak zechcesz wybyć na kilka godzin, to oddaj mi klucze, geniuszu. – z zaspanym uśmiechem zrwócił mi uwagę. W sumie, trafnie.
-Wybacz, zapomniałem…a z resztą, nie chciałem ci przeszkadzać…gadałeś z Bobem… – chyba nie tylko ja zwróciłem uwagę na sposób, w jaki wypowiedziałem ostatnią część zdania, bo Frank rzuciłmi rozbawione spojrzenie, wyciągając do mnie rękę, żebym pomógł mu wstać.
-Tylko nie bądź zazdrosny, nadal jesteś moim ulubionym wariatem w szpitalu. – powiedział, biorąc ode mnie klucz.
Myślcie co chcecie, urosłem co najmniej pięć centymetrów słysząc te słowa.
-Ej Frank…naprawdę? – niepewnie rzuciłem w przestrzeń to pytanie. Chłopak skierował się w stronę mojego łóżka i jakby nigdy nic, rozłożył się na nim wtulając nos w poduszkę. – I chyba pomyliłeś łóżka.
-Może, ale przeszkadza Ci to, że leżę na Twoim? Ładnie pachnie…I tak, bardzo Cię lubię Gerd. Jesteś tak… jesteś skryty i może nie, że to w tobie lubię, ale…no po prostu Cię lubię. A dlaczego się kogoś lubi? Dlatego i już! – pacnął rękami w pościel. Znowu urosłem o pięć centymetrów.
– Halo, też chcę się położyć! – niecierpliwie zwróciłęm uwagę.
-To chodź tutaj! – no tak, to był jasne jak słońce.
-A nie możesz się po prostu wrócić na swoje? – panie, pan robisz problemy. Co za problem położyć się obok Iero? Będzie ciepło…i przyjemnie…
-Nie. – no jakoś się tego spodziewałem. Zrezygnowany podszedłem do łóżka, gdzie leżał rozwaloni Frank.
-To chociaż przesuń się trochę… – o dziwo, od razu mnie posłuchał. Wygodnie ułośyłem się obok chłopaka.
Czułem się trochę dziwnie. Nasze ciała stykały się ze sobą prawie na całej długości. Miałem rację, było mi ciepło – wręcz gorąco. Hmm, leżę na łóżku z piętnastolatkiem prawie przyciśniętym do mnie. Piętnastolatkiem, który chucha mi w szyję.
Leżenie przerwało nam pukanie do drzwi, na które Frank zerwał się gwałtownie i tratując mój biedny tułów, pobiegł otworzyć.

~ ~ ~ ~ ~

Narada wojenna trwała już pół godziny. Obok mnie na łóżku siedział Frank i objaśniał wszystkim swój plan. Siedział to jednak złe słowo, ponieważ rozgadany brunet podskakiwał i żywo gestykulował przez cały czas. Oprócz nas, na łóżku przycupnął jeszcze Bob ze swoim wiecznym pokerfejsem; na podłodze siedziała Werka z Alexem, próbując zrozumieć coś z przemowy Iero.
Objaśnię skrótowo, o co chodziło : cały plan polegał na tym, aby dostać się do recepcji, odwrócić uwagę stróża ( nawet nie wiedziałęm, że w nocy ktoś pilnuje wyjścia otwieranego komputerowo ), dostać się do komputera i puścić przez głośniki głośną muzykę.
-Ale jak puścimy to przez głośniki, to chyba nikt poza stróżem tego nie usłyszy…nie? – niepewnie zwróciłem uwagę, na co Wera potrząsnęła głową.
-Nieeee, usłyszy to cały szpital – tu chodzi o głośniki rozmieszczone po całym ośrodku.
-Eee… tu w ogóle jest coś takiego?
-Tak, ale bardzo rzadko tego używają, tylko w szczególnych przypadkach. Jak zeszłam na V to ogłosili komunikat o intruzie na sektorze.
-…no dobrze… – po raz pierwszy odezwał się Alex – a wziąłeś pod uwagę to, że komputer jest zabezpieczony hasłem, którego nie znamy?
Frank zastygł w jednej pozycji z otwartymi ustami, by w chwilę później je zamknąć i podrapać się w głowę. Tu cię mam, Sherlocku.
-Rzeczywiście, nie pomyślałem o tym. Ale – na powrót się ożywił – może hasło jest kodem?
Alex pokręcił głową
-Za duże ryzyko, że nam się nie powiedzie. Mam inny pomysł. – Frank chciał chyba jeszcze coś powiedzieć, ale zrezygnował, usadawiając się wygodnie na łóżku, sprowadzając moje ramię do roli poduszki. Ramionko zadrżało, zadowolone.

– Jak na nowoczesny szpital przystało, mają tutaj system antypożarowy. Czyli innymi słowy, zapalisz świeczkę, a uruchomi się ulewa. Musimy dostać się do instalacji elektrycznej, spowodować zwarcie i i od iskry coś podpalić i rozbiec się po korytarzach.
Teraz to Werka się odezwała.
-Alex, wszyscy wiemy, dlaczego to proponujesz, więc daj sobie spokój, Płomyczku. – że jak? Płomyczku?
Chłopak zamilkł na chwilę, ale nie stracił rezonu.
-Wcale nie, tylko uważam, że to dobry pomysł, poza tym już prawie pozbyłem się manii. A może macie lepsze pomysły?
-Tak, ja mam! – wykrzyknęła Koszmarka, za co została zbesztana zbiorowym

„Ciiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii!!!”.
-Dopsz, przepraszam. – przewróciła oczami – ale słuchajcie. Tylko musimy to zrobić w dzień, bo to będzie akcja zbiorowa.
Kiedy dziewczyna skończyła, pomyślałem tylko jedno. Zostaniemy mistrzami wkurwiania.

 

Uwaga uwaga, objaśniam, czemu wyczekiwany rozdział jest taki krótki – otóż następny jest dość długim opisem, który podamy w kawałkach nie będzie już tak smaczny 😀 Jak znajdę chociaż jeden komentarz pod tym ‚wycinkiem’ to następny rozdział będzie…już dziś 😀